|
|
|||||||
| Kwestie różne, ale podróżne. Jak nic z powyższego o podróżowaniu Ci nie pasuje, pisz tutaj... |
![]() |
|
|
Narzędzia wątku | Wygląd |
|
|
|
|
#1 |
![]() |
Ehhh ale czasy... Nikt wtedy, mimo roboty w kurzu cały dzień, żadnych alergii nie miał, uczuleń na ukąszenia os, giez, komarów itp Łaził człowiek po polu z wiklinowymi koszami i zbierał ziemniaki... A potem pędy na kupkę i ognisko z pieczonymi ziemniaczkami tuż przy PGRze...
Cud jedzenie, śpiewy i zabawa.,. A po żniwach, na noc, Babcia prosiła, aby skoczyć za stodołę i przynieść trochę liści babki lancetowatej, aby mogła obłożyć wnukom i sobie na noc łydki, bo tak były posiekane po całodniowym lataniu po rżysku i trzeba było dodatkowe, ciemne lub stare prześcieradło przynieść, aby starej leżanki krwią nie upaćkać... ![]() i następny dzień 4:50 rano chomąto na konia, podpinało się wóz i jazda po 3-4 wsiach wokół, aby zebrać 20 litrowe kanki z wieczorem wydojonym mlekiem i zjazd do mleczarni koło 8 rano... ehhh wspaniałe wakacje i pięknie było..
|
|
|
|
|
|
#2 |
|
Fazi przez Zet
![]() Zarejestrowany: Mar 2009
Miasto: Berlin
Posty: 7,775
Motocykl: RD07
Przebieg: ∞
Galeria: Zdjęcia
Online: 10 miesiące 3 tygodni 7 godz 3 min 26 s
|
Majkowski, ale miałeś dzieciństwo
za to dzisiaj idzie się do paki ![]() Ja miałem tak, ale zamiast bydła i obory była praca w lesie od 5tej rano w lecie. Pokochałem chodzenie do szkoły
__________________
Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. |
|
|
|
|
|
#3 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 767
Motocykl: Wrublin
Online: 1 tydzień 3 dni 18 godz 12 min 59 s
|
Szczepan Szczygieł z Grzmiących Bystrzyc
przed chrzcinami chciał się przystrzyc. Sam się strzyc nie przywykł wszakże, więc do szwagra spieszy: „Szwagrze! Szwagrze, ostrzyż mnie choć krzynę, Bo mam chrzciny za godzinę”. „ Nic prostszego - szwagier na to. - Żono, brzytwę daj szczerbatą! W rżysko będzie strzechę Szczygła ta szczerbata brzytwa strzygła...”. Usłyszawszy straszną wieść, Szczepan Szczygieł wrzasnął: „Cześć!”. I przez grządki poza szosą niestrzyżony czmychnął w proso.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#4 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 767
Motocykl: Wrublin
Online: 1 tydzień 3 dni 18 godz 12 min 59 s
|
Linkowana wcześniej wieś ale w czrnobiałym wydaniu. Prawidłowa lokalizacja w koloryzowane wersji.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#5 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 767
Motocykl: Wrublin
Online: 1 tydzień 3 dni 18 godz 12 min 59 s
|
Mnie udało się namierzyć tylko jednego grubszego, z całych dziesiątek przewijających się obywateli Polskiej Republiki Ludowej.
W 1976 elektryfikowali Zabłocie, rodzinną wioskę mojej mamy. Z konia od Nurzec Stacja 5km. Biegaliśmy pluskać się w Nurcu...
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#6 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 767
Motocykl: Wrublin
Online: 1 tydzień 3 dni 18 godz 12 min 59 s
|
Tak...
"...jest nieźle napisane. Sylwestra Komar udanie konstruuje zdania, czyta się ją dość gładko, choć oczywiście bywają wpadki czy niepotrzebne słowa, które redakcja mogła sprawniej wyłapywać. Kilkaset stron pierwszoosobowego zapisu dziennikowego to nie jest zadanie łatwe, ale od strony językowej daje pani Komar spokój. Gdyby autorka poświęciła talent innemu gatunkowi niż skrzyżowanie postapokaliptycznej wizji z urokami "Domu nad rozlewiskiem", mielibyśmy gatunkową prozę w średnich rejestrach, nie obrażającą niczyjej inteligencji. Ale nie mamy. O czym to jest? Sylwestra nigdy nie wyobrażała sobie, że będzie biegać ze strzelbą po podwórku i podglądać kopulujących dzikich. Do czasu aż przyszło TO. "TO", czyli niesprecyzowana bliżej katastrofa, która w minutę cofnęła większość ludzi do czasów, gdy mamuty nie były zwierzątkami z książek dla milusińskich. Ludzie ponownie stali się prymitywnymi zwierzętami, które gromadzą się w watahy i kopulują gdzie mogą. Powtórzę słowo kopulują" jeszcze kilka razy, bo jest to ewidentnie jeden z najważniejszych tropów do wyjaśnienia, czemu jest to bardzo zła książka. Sylwestra jakimś cudem nie cofnęła się w swoim człowieczeństwie i wraz z przyjaciółką (Teresa ginie jeszcze przed wydarzeniami opisanymi w książce) próbuje stworzyć azyl w wiejskim domku, gdzie uczy się rolnictwa, hodowli zwierząt i wszystkiego, co potrzebne, by być samowystarczalną. Z prowadzonego przez Sylwestrę dziennika dowiadujemy się, że wokół domku spacerują sobie dzicy, którzy ją atakują, a po jakimś czasie (i różnych perturbacjach) niektórzy z nich dołączają do jej domostwa. Jest nasza bohaterka szczególnie wrażliwa na maleństwa dzikich, które próbuje uczyć języka i życia cywilizowanego. Wrażliwa jest też na kopulację. To jest jakieś niesłychane i niezbyt przyjemne połączenie doktora Spocka z Greyem. W drugiej części powieści, gdy Sylwestra odkrywa, że jednak nie jest sama na świecie i istnieją inne osady z normalnymi ludźmi, dowiemy się też, że zezwierzęcenie dotyczy nie tylko tych co zdziczeli, ale wszystkich. Komar przypomina, że w warunkach ekstremalnych prymitywne instynkty przejmują dowodzenie, a bardziej od ogłady i kultury przydaje się broń myśliwska. Niestety, w "Co się stało" naprawdę znajdziecie wszystko. Klisze popkulturowe użyte przez Komar są łatwo rozpoznawalne i niewyszukane. Dostajemy sporo opisów prostej, nieskomplikowanej erotyki dzikich, które autorka konstruuje ze sprawnością gimnazjalistki. Przepraszam osoby delikatniejsze (i utalentowane literacko gimnazjalistki), ale opis dymania nie może się ograniczać do "zdecydowanie wszedł w nią "po prostu wszedł w nią" itd. Niestety, na jednakowym rejestrze emocjonalnym opowiedziana jest historia Sylwestry, gwałconej przez jednego z dzikich, którego przyjęła do domu, i uprawa ogródka. Wybaczcie mi, oto cytat: "Po prostu przyciągnął mnie do siebie, ściągnął mi spodnie i wszedł we mnie. Nie broniłam się. Prymitywnie, instynktownie, nawet brutalne." Polska literatura erotyczna wzbogaciła się o kolejne kuriozum. Odrobinę podoba mi się przekaz intelektualny książki Konar - opowieść o tym, że kultura zwycięża naturę, a imperatyw moralny jednak w nas jest, niesie pociechę i świadczy o przemyśleniu przez autorkę tych spraw. Jednak przemyślenia grzęzną w narracyjnym niechlujstwie, kiczu i zwyczajnej nudzie. Uczono mnie, że nie zawsze przemyślenia bohaterów i bohaterek powieściowych są tożsame z tym, co sądzi autor/autorka. Uczono mnie też - trochę później - że takie sytuacje jednak się zdarzają. I dlatego cieszy mnie, że bohaterowie "Co się stało" na zakończenie wygłaszają krytykę świata, w którym "taczkami żarcie wypierdalałaś na śmietnik", który zbudowany był na "wielkim, zinstytucjonalizowanym, systemowym pasożytnictwie". Jakiś czas temu w internetach znowu pojawiła się przeróbka słynnego cytatu z Kuronia "A może jednak palcie te komitety, kurwa, sam już nie wiem". Sylwestra Komar zdaje się też ma wątpliwości. Gdybym miał pisać tylko o literaturze, to uznałbym omawianą książkę za niezbyt udany eksperyment twórczy, który jednocześnie zdradza talent autorki i może w przyszłości przyniesie nam naprawdę dobrą powieść z tzw. średniej półki. Jednak gdy piszesz o książce posłanki na Sejm, to uciec od kontekstu trudno. Mam taką cichą obawę, której pozwolę wybrzmieć głośno, że Co się stało" to element jakiejś upiornej kampanii wyborczej autorki i wtedy nie pozostaje mi inaczej ocenić tego dzieła jako całkiem sporego pasożytnictwa literackiego..." Sylwestra Komar w realu osiągnęła wszystko. Pośliła i jeszcze pośli nieprzerwanie przez bitych 5 kadencji sejmu Republiki Bananowej. Absolwentka zarządzania, doktor nauk ekonomicznych. Była ministrem sportu i wysiłku fizycznego i dzięki niej republika zyskała kilka aren do walki byków oraz organizację mistrzostw świata w zaganianiu tychże. W nagrodę dano jej dorobić w komisji d/s finansowania aren. Po wielu sukcesach na polu powierzono jej misję reformy edukacji w zespole. Tymczasem... Od 1 września dzieci wrócą jeszcze bardziej szczęśliwe do zajęć, bo pani Nowoczesna jest na posterunku i ma nowy program wychowania fizycznego pod pachą, a że pachy mamy z reguły dwie, to pod jedną panią Sofiję, pod drugą - Sławę.. Obie panie "olimpijki" a pani Sława może się pochwalić nawet studiami "fizycznymi"! Jeżeli chodzi o programowe "kwalifikacje" pani minister, to te są bez zarzutu. Nie można rzucić w coś czego nie ma? Ależ można. Eter przyjmie wszystko. Podstawowym kryterium było nazwisko, które kojarzy się z czymś dobrym/lepszym (idzie nowe) i to naprawdę wystarczy. Co spadnie na ziemię, to już bez znaczenia. Jeżeli chodzi o kwalifikacje naszych olimpijek? Tyle razy musiały się kwalifikować do turnieju olimpijskiego, że w te umiejętności (kwalifikowania się) nie wątpię. W ciągu niespełna 30 lat Europa rozpadła się nam na kawałki. Nas obcięto trochę wcześniej ale mieliśmy sporo szczęścia, choć nie do końca. Zostaliśmy sami ze sobą i wydawać by się mogło, że trudno... Porzuciliśmy rewizjonistyczne zakusy, jak rodaków poza granicami nowego kraju, jaki ofiarował nam CCCP. Dzięki temu krajowi rad, który rad był czynić socjalistyczny porządek do spółki z narodem po przeciwpołożnej, wychowaliśmy sobie współczesne elity. Liderem - elitą elit jest obecnie... poślin Józef, któremu nie darowano nocy. Tym niemniej aspirantów wielu. Lista długa. Ławka rezerwowych od Berlina po Kijów. Ale, ale... To wszystko brzmi, jak jakiś zarzut. Nie. To pochwała. Uspakajam też tych, którzy już mają gotowy argument: kto ci dał kompetencje do oceny stanu rzeczy? Otóż ja też piszę książkę pt.: "Wszystko się stanęło". Jestem absolwentem (jedynego takiego w kraju) Uniwersytetu Ludowego i jako DoCent El prowadzę katedrę Biura Turystyki Nieodpowiedzialnej. Siedziba mieści się w Lublinie. ![]() ...to dwa. Dr Honzik, szef berlińskiej filii BTN w inauguracyjnym wykładzie (w nowym roku akademickim 25/26) wygłosi nam odczyt pt.: Byczo mi. W trakcie martykulacji towarzyszył nam będzie zespół Cytrus z Gdańska. Poproszę pana Dr Honzika o wykład uzupełniający, bo mocno na czasie. Dobrze zorientowani wiedzą, że tam, gdzie się byki pasą i korzystają z wodopoju, ludzie nie korzystają z wodnego zasobu, co najwyżej do umycia rąk. Plaże w okolicach mojego Przystanku okolicznościowo zamknięte z powodu wysypu (w Warszawie zwanym: zrzut) bakterii kałowych pochodzenia mieszanego. Skąd one w Zatoce...? Z tego samego powodu, co onegdaj w Wiśle. Jak to prostacko wyrażają się prości ludzie gówno poszło w Zatokę. W uśmiechniętym Gdańsku zjawisko te opisuję się: enterococcus faecalis escherichia coli i jest one zjawiskiem częstym ale znacznie mniej medialnym, niż te warszawskie. Z tego powodu czuję się osobiście wykluczony. Robię takie same kupy jak inni. A do tej ...coli moi drodzy to... Nie pijcie tego, bo to niezdrowe. Równoległy świat trąbi o szkodliwości coli od dekady a niewyedukowany, społeczny element pije. Pije i potem mamy konsekwencje.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#7 |
|
Fazi przez Zet
![]() Zarejestrowany: Mar 2009
Miasto: Berlin
Posty: 7,775
Motocykl: RD07
Przebieg: ∞
Galeria: Zdjęcia
Online: 10 miesiące 3 tygodni 7 godz 3 min 26 s
|
Temat wykładów parafowany aczkolwiek będzie trochę zmian w bieżąco. Na wykładzie ma być marchewka świeża z pola, żadna z handlu i snopek siana ciętego kosa i przewracana grabiami. Żadnej maszyny! Dozwolony transport ale tylko Esamochodem aby nie gotować planety.
Podpis kopytem nieczytelny ale jest. 20250815_131045.jpg
__________________
Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. |
|
|
|
|
|
#8 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 767
Motocykl: Wrublin
Online: 1 tydzień 3 dni 18 godz 12 min 59 s
|
No i muszę przyznać, że trochę ducha wdarło się do serducha po dzisiejszej, rowerowej wycieczce do Sopotów.
Tradycja, to tradycja. Nie tylko ładne imię dla dziecka. Przynajmniej raz w sezonie jedziemy rowerowo do Sopotów. Najpierw musimy przemknąć koło Ergo Areny, następnie aleją rowerową śmigamy w kierunku łazienek południowych. Dalej przecinamy molo, mijamy łazienki północne i ten etap kończymy na granicy Wolnego Miasta Gdańska. Chodzi cały czas po głowie objechać tę granicę konkretniej niż do tej pory, bo sporo odcinków mam zaliczonych ale konkretniej, to wypada zaliczyć wszystkie dawne przejścia graniczne. Nie jest tez wcale tak łatwo tę granicę wytyczyć na mapie, bo próżno ją na mapie znaleźć. Są opracowania ale wypadało by dotrzeć do pełnej dokumentacji granicznej. Zapewne w jakiś archiwach da się je odnaleźć ale... aż tak mi się na razie nie chce w temacie dłubać. Tym niemniej nie jestem osamotniony i udało mi się znaleźć podobnych pasjonatów, którzy sporym wysiłkiem (zapewne) tę granicę wytyczyli i wynik ich pracy dostępny jest na stronie geocaschingu. Zatem możliwe, że temat jeszcze podejmę. Część osobników, którzy mnie znają, wiedzą już, że świat skurczył się dla mnie (niemal) do rozmiaru znanych powszechnie czterech liter. Przypominam balon, z którego uszło powietrze i to jeszcze nie było by dramatem ale formalnie, coś w tym balonie powinno zostać. Np. jakieś resztki rozumu? Niestety. fakt, miałem do tej pory sporo szczęścia, bo okoliczny mi, najbliższy eter uzupełniały ciekawe osobniki, zawsze (jednak) mądrzejsze ode mnie. Jest to już założenie do jakiegoś nieskomplikowanego równania, algorytmu. Idąc dalej za myślą tą złotą resztkami mózgu ułożyłem ów algorytm. Prezentowanie jego nie ma już sensu, ale najogólniej - jest to suma jednostkowych różnic. Zatem im więcej osobników, tym suma większa. Sigma = n(x1 +x2+ ... xN) gdzie: n = liczba osobników x = różnica w mądrości 1/Sigma = R gdzie: R = współczynnik udanego, społecznego współżycia. Ze wzoru wynikać by mogło, że nie ma dla mnie rozwiązania dla n=0 (najchętniej bym siebie izolował) ale... Takie rozwiązanie istnieje. Rozwiązania szukałem w masywie Riła na południowych stokach Maliowicy i... ...ale o tym poźniej. Zadań w Sopotach do wykonania mieliśmy kilka w tym jedno ulubione. Usiąść na tyłach Sheratona, przejść się końcem Monciaka i obserwować "życie w kurorcie". Już na początku wycieczki zdjąłem koszulkę, co spotkało się z dezaprobatą Strażnika Domowego. No nie tutaj... Na plaży, to tak ale nie tutaj! Uparłem się i... dobrze. Zatrzymujemy się przy ławce i zastanawiamy się czy w cieniu czy słońcu, gdy WTEM!!! Jakiś obcojęzyczny dżentelmen zwrócił się do mnie po angielsku czy ławeczka wolna? Mnie wystarczyło: ekskjuzmi ser... itd. by mój "balon" zaczął się ponownie wypełniać! Zwalniamy przestrzeń przy ławce, podchodzimy do "lepszej", siadamy: - Grubasiu... słyszałaś?! Zostaliśmy wzięci za kurortowych turystów! Więc jednak! Trzymamy fason. Śmiejemy się. Moja spalona na ciemny brąz cera... Trzy tygodnie na Bałkanach, dużo pracy własnej, ciężki trening, rygorystyczna dieta, dużo słońca i Alicji... Przyniosły efekty. Poniżej prezentuje siebie przed Bałkanami i po Bałkanach i jak mnie teraz odbieracie? ![]() Chyba warto było.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#9 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 767
Motocykl: Wrublin
Online: 1 tydzień 3 dni 18 godz 12 min 59 s
|
Skąd się mają wziąć obowiązkowe kaski na głowę?
To jeszcze w ramach wizyty w Sopotach refleksja. Na granicy była koncepcja kąpieli ale koncepcja została przemyślana i kąpiel postanowiłem zaliczyć tam, gdzie gówno w Zatoce hulało dnia poprzedniego. Z rzutami komunalnych ścieków jest tak, że jak się pojawią dwa szczepy wspomniane w zbiorniku wcześniej, to na kijku wisi czerwona szmatka i jest ok. Nikt nie drąży tematu - dlaczego? Zatem dzisiaj/jutro/pojutrze... zrzuty, bo w godzinę awarii nie zlikwidujesz i... nic się nie dzieje. Jest upalnie, to ludzie ciągną na plaże. Wiszą czerwone flagi, ludzie się kąpią. Uśmiechnięte miasto Gdańsk, by ludzie nie sikali po pasie wydmowym, ogrodzili drutem rzeczony i jest świetnie. Wydmy nie są rozdeptywane. Toalet nie ma. Ja paczam skąd wieje a wieje z południa więc gówna płyną na północ, w kierunku Gdyni. Więc na północy kumuluje się gówno stare a bliżej Gdańska napływa świeże. Wybieram świeże. Docieramy do wejścia 77 (nasze, na granicy Jelitkowa z Sopotami) i zażywam kąpieli. Gdybym był złośliwy, powiedział bym matce dwójki małych dzieci, żeby zwróciła uwagę szkrabom, by lepiej nie piły gdańskich gówien, bo to... Ale nie jestem. O dziwo pani mówi po polsku i mógłbym... ale to nie moje dzieci. Czas pedagogizacji się skończył. Zresztą... Co ci młodzi wiedzą o gównie...? Lata 70/80/90-te... to były zrzuty! Poza komunalnymi mieliśmy na okrągło dostęp oleju do opalenia. Kiedyś istniało przekonanie, że jak się nasmarujesz ropą, to się szybciej opalisz. W latach 80-tych pojawiali się już pierwsi murzyni na ulicy (rzadko ale jednak) i człowiek zazdrościł opalenizny. O ropę było trudno, bo była reglamentowana ale w Zatoce skolko ugodna. Wtedy nie było sinicy, bo nie miała szans się rozwinąć i nie dlatego, że nie bylo jeszcze globalnego ocieplenia ale dlatego, że Zatoka była karmiona popłuczynami ze statków. Kary za "płukanie" były śmiesznie niskie więc co rusz fala tych zanieczyszczeń docierała do brzegu. Zachodnim armatorom opłacało się wpływać w nasze wody tylko po to, by płukać ładownie lu puste zbiorniki na mazut. To były piękne czasy. Wlazłeś do wody i woda zaraz spływała po tobie jak po kaczce. Ciemne obwódki wystarczyło rozetrzeć i już się mogłeś bez problemu opalać na murzyna. No i komary tak nie gryzły. Była taka jedna piękna plaża, z której nikt nie korzystał. Znaczy kocyk na chwilę, jak najbardziej. Pokaz muskulatury itp. ale do wody? Absolutnie. Taki urok był tej plaży. To tzw. plaża gdyńska. Przylega do niej basen portowy. Cumuje tam Burza, Dar Pomorza do dzisiaj. Woda pachniała tam "portem". Zapach jak w starym, zaniedbanym warsztacie samochodowym, którego posadzka przyjęła setki litrów przepalonego oleju w tym przekładniowego. Ten śmierdzi najlepiej. Na wodzie "tęcza". Wspaniała gra skrzących się w słońcu kolorów. W zależności od wiatru/pływu w jakimś "kącie" basenu gromadziły się wszystkie zanieczyszczenia luźno pływające, pod postącia charakterystycznego kożucha. No jakoś to z czasem ten basen opuszczało (fizyka cieczy) i znajdowało nowe życie przy plaży. Plaży gdyńskiej. Więcej uwagi poświęcił bym Zatoce Puckiej ale nie chcę się narazić Kaszubom. Za komuny kąpiel w tej zatoce, to już był akt... chwilowo nie znajduję porównania. Ja do dzisiaj nie mam w sobie tyle determinacji, by po tej strony mierzei wejść do wody ale od strony morza - jak najbardziej. Przez wiele lat jeździłem latem "na Hel" i ochoczo zażywałem kąpieli w morzu. Jest takie powiedzenie: wypłynąć na czyste morze. To juz wiecie, skąd się wzięło. A skąd mają się wziąć... obowiązkowe kaski dla rowerzystów...? Ja mam odpowiedź. Winni są kierowcy. To nie rowerzyści jeżdżą po ścieżkach rowerowych. To kierowcy. Motocykli, aut, ciężarówek, autobusów itd. To oni są winni. To oni są winni tych karygodnych zachowań. Tych piętnowanych. Ich kulminacja (tych piętnowanych zachowań) znajduje miejsce na ścieżce rowerowej, tej najlepszej w Trójmieście, co biegnie brzegiem Zatoki. Mnóstwo jest kierowców - wszelkich pojazdów mechanicznych, którzy uwielbiają stać w korkach. Nie wiedziałem, że tak dużo ale tak jest. Oni wszyscy się zmawiają (ja z nimi) i stajemy do zawodów na rzeczonej ścieżce. Ciekawe, że dotyczy też tych, którzy nie lubią, oni też do tych zawodów stają. Nagrodą jest brak widoku morza. Plusem dużym tych zawodów jest to, że nie ma przegranych. Te zawody, to de ja vu. Tour de De Ja Vu czyli jak to fajnie drzewiej bywało, kiedy jechałeś jak chciałeś. Byłeś wolny. Mogłeś przypier... w pieszego i spokojnie uciec z miejsca zdarzenia. Niestety... Rząd wymyślił, i wprowadzi dla wszystkich rowerzystów obowiązkowe kaski. To będzie kolejny krok by zapewnić obywatelom narodowe bezpieczeństwo. Ja bym poszedł krok dalej i wprowadził przepis, który będzie nakazywał zakładanie pieszemu kasku na głowę o ile ścieżka rowerowa będzie towarzyszyć (w bezpośrednim sąsiedztwie) ścieżce dla pieszych i to samo dla... kierowców. Dlaczego nie? Bezpieczeństwo na drodze to podstawa. I tu nie powinno być przestrzeni dla jakiejkolwiek dyskusji. OBOWIĄZKOWO, skoro jesteśmy idiotami. Można by pójść jeszcze dalej. Skoro f-cznie jesteśmy idiotami (ja też, żeby nie było), to w sumie najprościej było by nakazać noszenia kasków wszystkim od 6-tej do 22-giej z zaleceniem, by również kaski nosić w domu. Skąd mi to wszystko przychodzi do idiotycznej głowy?
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#10 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 767
Motocykl: Wrublin
Online: 1 tydzień 3 dni 18 godz 12 min 59 s
|
Ano tak obowiązkowo wyszło, że w weekend odwiedziłem serdecznego kumpla. Bardzo serdecznego. Serdecznego lepiej nawet.
Oj... Długo się nie widzieliśmy. Pomijam fakt, że dzieli nas Polska cała, a nawet lepiej ale się zobaczyliśmy. Nie z takiej okazji chciałem ale tym bardziej musiałem. Może nie tak. Człowiek wolny nic nie musi, po prostu chce. Zajechałem na czas. No... kwadrans spóźnienia, bo po drodze musiałem się przebrać w lesie. Jakoś mi to przebieranie nie szło, więc się spóźniłem. Wszyscy już byli na miejscu, dołączali ostatni... Kościelny zegar wskazuje 13.15. Na zewnątrz 30st., w kościele chłodno. Nie zdobyłem się na krótki rękaw, bo musiałbym założyć białą koszulę, czarny t-shirt nie wchodził w rachubę. Miałem być cały na czarno i koniec. Jak najbliżsi, w sensie rodzina. Nie wypada inaczej. Msza była długa... Gdzieś po północy, zostaliśmy z kumplem sami. Wszyscy już poszli spać. Życie na wsi ustało w należytym, dobowym rytmie. Pada propozycja kumpla: - Pójdziemy jeszcze raz na cmentarz? Jasne, idziemy. Niecałe 2km tam, 2km z powrotem. Idziemy niespiesznie. Bardzo ciepło ale jesteśmy już luźno ubrani i taka jest rozmowa. Na cmentarzu dzieją się rzeczy dziwne. Chodzimy między grobami, a każdy zamyka w sobie jakiś rozdział życia i śmierci. Kumpel opowiada, o ten..., a tu z tym... Dopóki pamięć o tych, co odeszli żyje w nas, to i oni żyją. Wspominamy pogrzeb mego ojca. W samym środku kowitowej hucpy. Jak się okazuje, wtedy to trza było mieć odwagę, by brać w pogrzebie udział, że o stypie nie wspomnę. Moja druga mama (teściowa) jest hipochondrykiem. Wiem ile ją tu musiało kosztować, by na tym pogrzebie być i potem usiąść w mieszkaniu przy stole z tymi, co tę odwagę mieli. Tylko trzech kumpli, Strażnik Domowy, mama i para sąsiadów. Poza żoną i mamą NIKT z rodziny. NIKT. Siedzieliśmy w ósemkę przy stole i wspominaliśmy "dobre czasy". System rozwalił sąsiad Taty - rodowity Kaszub (Rumia). Najpierw "obgadaliśmy" pozostałych sąsiadów, wszystko na wesoło. Jak to było w otoczeniu samych Kaszubów żyć, w tym naturalnym porządku. Piotrek, sąsiad z góry wspomniał (w ramach starych, dobrych czasów) jak to w latach 80-tych służył w Orzyszu w pancerniakach. Kiedyś go d-ca kompanii wysłał po flaszkę na miasto. No to pojechali... czołgiem. Było by wszystko git ale przed sklepem (właścicielka otwierała po nocy - jak to drzewiej bywało) Piotrek kazał młodemu odwrócić wieżę. No i młody odwrócił. Nie w tę stronę, co powinien i ściął dach sklepiku... ...Cmentarz przylega do kościoła luterańskiego (ewangelicko- augsburski) ale msza była w kościele rzymsko-katolickim. Cmentarz łączy. Dzisiaj ważniejsze są kaski na głowie a nie pamięć o tych, co odeszli. Na stypie czułem się jak w rodzinie. Tu tradycja jest kultywowana. Młode pokolenie wyrasta już w innych warunkach ale tradycja się jeszcze broni... Jak długo...? Zanim wyjechałem, kumpel "każe" mi wjechać na warsztat. - Ni mosz jednego ampla, dawaj tu. Daję H4, dalej wymienione postojowe, jeden kierunkowskaz, oświetlenie tablicy z tyłu. Na finał zrobiona klamka z drzwi przesuwnych i dobity luft w kołach. Teraz mogę jechać do domu.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|